niedziela, 5 listopada 2017

Sonia i Katia & Niki - c.d.



Miesiące upłynęły od ostatniego wpisu i tyle się działo…
Przeniesiono mi miejsce pracy i nijak tam dojechać nie sposób, jak dryndą, więc przesiadłam się na moją Picancię. Uzgodniłam z szefem, że będę pracować od 7:00 do 15:00, więc i korki największe omijam i podróż w jedną stronę trwa 30 – 40 minut, więc jestem przed 16:00 w chacie i mam więcej czasu dla siebie i zwierzaków. Ponad godzinę zyskuję. W cywilizowanej porze roku mam długie popołudnie i wieczór. Tyle jeszcze można zrobić.

W końcu czerwca wszedł mąż kuzynki ze swoimi Ukraińcami, żeby przesuwać ogrodzenie. Przedtem Wołodia miał wymurować ścianę wewnętrzną w komórce, ale po wylaniu fundamentu w jedną sobotę i postawieniu niespełna 5 m2 ściany w drugą, poczuł się zmęczony i olał. Pewnie się obraził, że mu za pętanie się i popijanie piwa (3 butelki dziennie) nie chciałam płacić całej dniówki. Tak, czy inaczej – chłopaki Andrzeja mieli to wykończyć.
Siedzieli i pracowali miesiąc. Prosiłam ich tylko, żeby nie wchodzili na teren Soni, żeby jej nie denerwować i nie wypuścić.
W międzyczasie podłączono mi też moją elektrykę.
Wydałam majątek; nawet przestałam już liczyć.
Potem było oczekiwanie na Ukraińca, który robił u Mariusza i miał mi otynkować moją ścianę płaczu w komórce i położyć gresy. Obiecywał i obiecywał i tak minął miesiąc, a ja byłam nadal z bałaganem.
Udało się namówić pana Adama, żeby zajął się podjazdem dla Oksany. Gdy już podjazd był gotowy (ja musiałam porozwozić ziemię z wykopów, bo nie było komu), Oksana namówiła swojego szwagra Griszę, żeby ułożył jej chodniczek z kostki obok jej podjazdu. Potem już poszłam za ciosem i z Bożą pomocą Grisza zrobił mi wszystko, co potrzebowałam. Płaciłam ile chciał, bo już miałam dość bałaganu.
Na końcu – ocieplił mi strych; już w październiku, bo wcześniej już nie miałam forsy. Ale jest z głowy.
Jestem goła i wesoła, ale jest zrobione.

Sąsiad Jurek jest w kiepskim stanie. Ma przerzuty nowotworu i zrezygnował z chemii. Ja wiem, że to trucizna, ale chociaż by powstrzymała to cholerstwo. Ale jego boli i koniec. Boże, gdyby to chłopy miały rodzić dzieci, ludzkość by wymarła jeszcze w jaskiniach….

Pogoda przez całe lato pod psem. Tylko mój czerwcowy urlop był w porządku. Lipiec deszczowy, sierpień deszczowy. Na polach jest tak grząsko, że w kaloszach zapadam się do pół łydki.
Od mojego wrześniowego urlopu puszczam Sonię luzem na wysokości Niesiebła i biorę na smycz przy Piaskowej. Biega więc sobie Psica swobodnie, co pewien czas ją  przywołuję i daję plasterek kabanosa. Wraca do domu ubłocona (zwłaszcza brzuch). Materacyk starcza na jeden dzień i codziennie mogę zmiatać pół szufelki piachu, który nanosi. Z dywanu w salonie zrezygnowałam; szukam chętnego na niego, bo szkoda mi wyrzucić.
Zaczęłam szukać kombinezonu dla niej, ale jedyny odpowiedni widziałam w ofercie Allegro sprzed 2 lat. Wysłałam zdjęcie do producenta, czy czegoś takiego nie mają, ale dopiero w przyszłym roku zamierzają podjąć produkcję. Sonia musi poczekać, a ja nadal ją czyścić.

U sąsiada nadal są prowadzone prace i często dom jest otwarty. Moje koty lubią tam wsadzać nosy i czasem są zamykane. Którejś nocy Katia nie wróciła i gdy szukałam jej (to był weekend), zobaczyłam przez okno, że biega po domu Mariusza. Mariusz jeszcze spał, ale  pani Henia otworzyła i uwolniła moją Kicię. Czasem Katia wchodzi na taras i z niego stara się wejść przez moje okno. Pazurki się ślizgają po blasze i jeśli słyszę, to ją otwieram jej okno tarasowe. Ale nie zawsze słyszę i czasem kitulka siedzi na tarasie; nie wiem dlaczego ale potrafi wejść, ale boi się zejść.

Katia zaprzyjaźniła się z Sonią i często pakuje się biednej Psicy na materacyk i mizia się. A Sonia…. o ile uwielbia Nikiego, o tyle chyba się obawia Katii, która ma ADHD i nie wiadomo co jej do łebka strzeli. Więc czasem siedzi spięta, gdy kocica się wyleguje na jej poduszce, a czasem, zrezygnowana,  położy się obok, ale minę ma niezbyt szczęśliwą.

Jakoś w połowie października Niki wrócił po przełazęgowanej nocy upaćkany zaschniętym gipsem. Gdy go zobaczyłam przez okno myślałam, że jest taki mokry, że ma futerko pozlepiane. Ale gdy go chciałam wytrzeć, zobaczyłam, że jest oblepiony gipsem: brzuch, łapki, kark, nawet obróżka.  Zostawiłam go w domu, w nadziei, że się wyliże, ale nic z tego. Po powrocie z pracy zaczęłam go wyczesywać. Brzuszek jakoś poszedł, ale nogi…. rąk mi brakowało. Nie byłam zbyt delikatna, więc kocina popiskiwał, nawet raz mnie usiłował ugryźć, ale dałam w zęby grzebieniem i przeszła mu ochota. Tak ze trzy wieczory pracowałam nad nim. Nawet zadzwoniłam do Andy, czy mogę mu wygolić nogi i czy mu odrosną. Pani doktor Małgosia zaprosiła do Lecznicy, że mi pomogą. Koszmar. Łapek mu zbyt dokładnie nie wyczesałam, bo już nie miałam konceptu, jak go trzymać, trzymać łapę i czesać. Ale jakoś się doczyścił. Tak sobie pomyślałam, że dobrze, że nie była to Katia, bo bym była cała pogryziona i podrapana.

Od połowy października Sonia jest domowym stworzeniem. Któregoś ranka padało i kiedy ją zawołałam do domu przed wyjściem do pracy – weszła i wskoczyła na swoją kanapę. I tak już zostało. Zaczęłam tylko zabierać ją na dłuższe spacery po południu, żeby sobie pobiegała. Chyba powinnam napisać dysertację naukową pt.: ‘Kanapa a udomowienie dzikiego psa’ Bo w zasadzie proces oswajania Soni rozpoczął się odkąd zaczęła korzystać z mojej salonowej kanapy. Poczuła, że coś należy do niej i warto o to zabiegać.

Kolejny listopad i kolejne lampki na grobach moich zwierzaków, które odeszły. Udało mi się załatwić tabliczkę dla Piesia, więc wszystkie już mają swoje tabliczki i lampki 1 listopada. I niech ludziska gadają, jeśli nie mają nic innego do roboty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz