Był przed wojną taki film ‘Co mój
mąż robi w nocy’ o jakimś biznesmenie, który stracił przez kogoś majątek i –
podczas, gdy jego agent tropi winnego szalbierstw - on sam zatrudnia się jako
nocny kelner w restauracji, by jego żona nie odczuła katastrofy finansowej.
To pytanie mogłabym sobie zadać w
odniesieniu do Nikiego – ‘Co mój kot robi w dzień, kiedy mnie nie ma’, że nie
jedząc u mnie, wygląda jak pączuszek. Często koty wybiegają z domu o godz. 5:00
o suchym pysiu. I Katia czasem wraca przed moim wyjściem do pracy, a Niki
gdzieś biegnie, jakby się z kimś umówił. Gdy wracam z pracy, moje kitulki lub
jeden tylko, czekają na mnie pod drzwiami i Niki jest zawsze bardzo głodny. Zje
saszetkę, doje suchym i idzie spać.
Najczęściej już nie wychodzi.
Przed snem daję im jeszcze jedną saszetkę. Ale to przecież duże koty… 3-4
saszetki dziennie to raczej mało dla nich. Gdzieś się stołują. Podejrzewam
gościnnego pana Waldka, gdyż często widuję Nikiego na tej działce. Porusza się
pewnie, bez strachu, a przecież tam są 3 duże koty, które mogą dość agresywnie
bronić swojego terytorium. Może fakt, że Niki jest kastratem, chroni go przed
Kocurro i Rudasem.
Ale w poniedziałek, przed
wyjazdem do lekarza, widziałam Nikiego z martwą myszą w pyszczku. Pomykał na
tył domu i nie reagował na moje zaproszenie do wnętrza. Nawet nie miałam
pojęcia, że on taki łowny. Zawsze sądziłam, że mysie truchła, które znajdowałam
przed domem, to zasługa Katii. A może to jednak był Niki..
Tak czy inaczej – nie wiem gdzie
się podziewają moje koty, gdy mnie nie ma. W przetransportowanej do garażu
Piesiowej budzie raczej nie siedzą, bo nie widuję, żeby stamtąd wychodziły, gdy
wracam. Już się zastanawiałam, żeby budę przestawić przed dom, za studnią, ale
zawsze mi się wydawało, że w garażu będzie lepiej, gdyby była zamieć śnieżna,
czy ulewa. Tak mi ich szkoda, gdy popiskują pod drzwiami, gdy otwieram dom i
nie mogę trafić w zamek.
W ostatni piątek pociąg się
rozkraczył i byłam w domu dopiero przed 18:00. Myślałam, że mi serce pęknie,
gdy widziałam moje zmarznięte kitulki.
Sonia tymczasem ma napady
gryzienia. Jej materacyk ma już 3 dziurki, pogryzła moje domowe kapcie;
zostawiłam jej już do zabawy i kupiłam nowe, które staram się trzymać w
przedpokoju. Przed ubiegłym weekendem poszarpała firankę w salonie. Nawet nie
zauważyłam od razu. Skarciłam ją, mówiąc: ‘Niedobra Sonia’, ale nie wiem, czy
wzięła to sobie do serca. Przezornie zdjęłam resztki i uprałam. Zawiozę do pani
krawcowej, żeby skróciła i powieszę na oknie; i tak miałam dokupić kawałek.
W międzyczasie, w ubiegłym
tygodniu, wykopała jamę niedaleko domu i ziemia z wykopu pobrudziła ścianę.
Całe szczęście, że jest sucho, więc udało się doczyścić domiszcze.
Już nie wiem, czym ją zabawiać.
Piłeczki i zabawka na smakołyki to dla niej zajęcie na kilka – kilkanaście
minut. A ona spędza sama prawie 11 godzin.
Jutro jedziemy do pana Doktora na
usunięcie implantu z oczodołu. Moja wina, że zażyczyłam go sobie; chciałam,
żeby była ładniejsza, żeby powieka się tak nie zapadała. I w rezultacie – od 2
miesięcy walczymy na próżno. I kolejna operacja i kolejny wydatek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz