wtorek, 19 czerwca 2018

Sonia i Katia & Niki + Maya




I już czerwiec upalny.
Jakoś nie mam weny ostatnio, a wiele się wydarzyło od lutego.
Od 1 maja jest z nami Maya – nowa suczka ze schroniska Doktora Darka.
Właściwie nie planowałam następnego psiaka. A już jeżeli – to kopię Piesia, z którym nadal tęsknię, moimo, że już niebawem będzie 2 lata, jak odszedł.
Po prostu – przy przeglądaniu internetu pojawiało mi się Przytulisko Głowno – schronisko dla zwierzaków. Gdy kliknęłam z ciekawości na psiaki do adopcji – zobaczyłam Bolka, którego wraz z siostrą znaleziono w pudełku w lesie w mroźny dzień lutego. Piesek przypominał mi Piesia, więc napisałam maila, czy jego siostra jest do wzięcia; wydawało mi się,  że powinna być do niego podobna, a chciałam suczkę.
Odpisano, że oba psiaki mają już domy, ale zaproponowano inna sunię – czarno-białą, podobno też siostrę.
Podziękowałam. Ale przy okazji wizyty w Andzie pokazałam zdjęcie Bolka Doktorowi Darkowi. On na to, że podobne pieski ma w swoim schronisku.
Umówiliśmy się  na telefon, ale nie bardzo się spieszyłam, gdyż byłam pewna, że jeśli zobaczę jakąś bidę, to się zlituję i wezmę, mimo, że nie będzie podobna do Piesia.
Ale Doktor sam zadzwonił i wybraliśmy się w pewną kwietniową niedzielę pod Las Chojnowski. Psiaki – jak to psiaki…. Nie było żadnego szczeniaka. Jedynie Klusia, niewielka kundelka, ciemna, podpalana miała kołnierzyk jak futerko Piesia. Była ładna…. Więc zdecydowałam się, że ją wezmę 1 maja – potem miałam długi weekend i mogłam się nią zająć.
I trzeba było.
Przede wszystkim wykąpałam ją, bo pachniała kojcem. Suszyła się na tarasie i wydawało mi się, że nie powinna się przeziębić; było bardzo ciepło.
Klusia, którą przechrzciłam na Mayę zaczęła od siusiania w moim salonie, a w nocy nawet wyprodukowała bardzo luźne kupki. Zabrałam ją do Andy i okazało się, że w schronisku podejrzewają nosówkę. Psica dostała szczepionkę, pobrano próbki krwi i kupy na badania specjalistyczne.
Wróciłyśmy do domu i mimo otwartych drzwi tarasowych ponownie nabrudziła w salonie. Mam wprawdzie gres, ale …. Nie miałam ochoty wiecznie po niej sprzątać.
Na noc wystawiłam ją z jej łóżeczkiem na taras. 
Rano okazało się, że psicy nie ma.
Obeszłam wszystkie moje chaszcze w obawie, że może w nocy Maya odeszła przez tęczowy most (nie mam pojęcia jak szybko rozwija się nosówka) i jak zacznie się rozkładać, to dopiero ją znajdę.
Gdy jej nie znalazłam – objechałam chyba ok. 50 km uliczkami Konstancina wołając: ‘Klusia’, ‘Maya’ i pokazując jej zdjęcie każdemu napotkanemu przechodniowi. Potem zadzwoniłam do Andy i zgłosiłam ucieczkę psicy.
Nad wieczorem poszłam jeszcze w pola, bo słyszałam jakieś szczekanie i nie wiedziałam, czy to mojej suczki, czy nie; była zbyt przerażona u mnie, żeby wydać głos.
Po drodze opowiedziałam Pani Beacie ze Smoczej o moim problemie i ona wrzuciła to na Facebooka.
Ok. 22:00 zadzwoniono do mnie ze Schroniska na Paluchu, że mają moją zgubę, a chwilę później zadzwoniła też Pani Beata.
Następnego dnia pojechałam po Mayę. Nie mogli odczytać chipa i w poszukiwaniu blizny po sterylizacji wygolili jej brzuszek, kalecząc przy tym. Zaszczepili ją też przeciw chorobom zakaźnym i spryskano czymś…
Po powrocie Maya nie chciała wychodzić z domu, siedziała w swoim łóżeczku na kanapie i ….. nadal mi brudziła w salonie.
Zaczęła też strasznie kasłać; nie wiem, czy się przeziębiła po kąpieli, czy w czasie tej nocy na tarasie. Znowu lecznica, antybiotyk, płukanie nosa solą fizjologiczną, żeby jej ułatwić oddychanie. Koszty, koszty i jeszcze raz koszty.
W międzyczasie przyszły wyniki badań. Nie było nosówki tylko jakiś pierwotniak. Leki na pierwotniaka.
Maya nie chciała jeść chrupków, które – po 2 latach – wreszcie zaczęła jeść Sonia. Gotowałam jej skrzydełka z ryżem.
Ponieważ ten kaszel nie ustawał, Doktor Danuta wzięła Mayę do szpitala na dobę, żeby jej zrobić badania i nie narażać mnie na koszty. Dobrze, że psiaca rozkasłała się na wejściu, bo wyszłabym na psią hipochondryczkę. Podobno ani razu nie zakasłała później.
Doktor Darek zasugerował, że można jej zrobić EKG, żeby wykluczyć ewentualną wadę serca.  Zalecił także, żeby zamienić jej obrożę na szelki. Tylko, że psica kładzie się na grzbiecie i nie sposób jej szelek założyć. Z obrożą jest łatwiej.

Maya była chyba psem domowym kiedyś, bo chodzi po schodach i łasi się. Nawet do mojego łóżka się pcha. Nie zwraca uwagi na moje koty, na Sonię też nie reaguje.
Na każdy jednak gwałtowny ruch, czy próbę wyniesienia na taras reaguje potwornym skowytem, jakbym ją katowała. Może ją bito???

Tak dotrwałyśmy do mojego urlopu.
Wezwałam behaviorystkę, która mi kilka uwag podsunęła. Stwierdziła, że to Sonia może być problemem dla Mayi i jej niechęci do wychodzenia z domu. Pocieszyła jednak, że psice sobie jakoś relacje ułożą.
Mam nie głaskać Mayi w domu i zachęcać ją do pobytu w ogrodzie; tam ją tylko karmić i głaskać.
Kolejne PLN 200,00.
EKG – pozytywne, ale kolejny wydatek. Jestem jednak spokojniejsza.
Maya się drapie i behaviorystka zasugerowała, że może mieć nadal pierwotniaka. Doktor Małgosia uważa, że to alergia na pokarm (wołowinę) i zaleciła zmianę diety. Ponieważ nie ma mielonego mięsa drobiowego bez przypraw – wczoraj sama mieliłam mięso dla moich psic. Uffff!
Od urlopu chodzimy na poranne spacery razem, ale nie przez moją działkę, bo tam są za wysokie chaszcze dla małego psiaka.  W polach psice biegają luzem i się trzymają razem. Maya reaguje na wołanie. Po południu wychodzę na spacer z Sonią, a potem we trójkę idziemy na moją działkę. Obie biegną luzem.  
I zobaczymy.
Mam nadzieję, że te upały zelżeją w końcu, bo mój urlop dobiega końca i wolałabym zostawiać mój dobytek w ogrodzie, gdy wrócę do pracy.

Sonia i Katia & Niki - cd.


Już luty.



Sąsiad Jurek zmarł w końcu roku i na początku stycznia był jego pogrzeb. Poszłam z różą z czarną wstążką i pożegnałam go. Dobry był z niego człowiek. Prochu może nie wymyślił, ale mogłam na nim polegać, wbrew temu co opowiadała pani Henia.
Pochował mi Alissę I i Piesia, mimo że już nie czuł się najlepiej.
Karmił moje ptaki i sarenki. Szkoda człowieka.

Sarenka lub sarenki  przychodzą na działkę brata i tam wyrzucam codziennie kilo pokrojonej marchwi i - jabłko. Dla ptaków – bochenek chleba i ziarno. Wczoraj widziałam Rogasia na mojej działce, ale tam bywam tylko w weekendy, więc Rogaś musi przyjść tu bliżej, żeby się najadać.

Sonia nadal spędza dnie na kanapie, ale nie wiem, gdzie się przeziębiła. W piątek wymiotowała śliną, więc poszłyśmy do Andy. Podwyższona temperatura, opuchnięte gardło. Zastrzyk, jakieś pigułki i ponad siedem dych diabli wzięli.
Już rok temu stwierdziłam, że Sonia jak na kundla jest bardzo delikatnym stworzeniem.
Przy okazji wyszło, że ma nadwagę ok. 5 kg. Boże! Już wprowadziłam dietę odchudzającą i zobaczymy. Może, gdy zrobi się cieplej i Psiaca zacznie spędzać więcej czasu na dworze, to trochę wysmukleje. Nie chcę mieć pulpeta, a poza tym zbyt duże obciążenie dla nóg.

Koty czasem zostają w domu, albo wracają przed moim wyjściem. Zwłaszcza Katia nie lubi deszczu ani śniegu. Ale ostatnio lubi zostawać w salonie z Sonią (to znaczy ukrywa się gdzieś – najpewniej w kanapie i nie mogę jej znaleźć i zamknąć na górze). Czasem i Niki zostaje w domu. On też woli w salonie. Nie mam nic przeciwko temu, ale na górze mają swoją miskę z chrupkami i kuwetę…  Ale skoro im towarzystwo Soni bardziej odpowiada. Tylko obawiam się, że Psica może być mniej towarzyska.

Jest zimno, to znaczy – temperatury poniżej zera, a w ubiegłym tygodniu nawet do minus 10. To zbyt wiele dla mnie. W salonie miałam już tylko 17 stopni i w sobotę napaliłam w kominku.  Drewno mi się kończy i latem będę musiała jakieś kupić, żeby nie zostać na zero.
W zasadzie nawet się przyzwyczaiłam do niższych temperatur i gdy czasem jest ponad 19 stopni, to jest mi za gorąco. Pewnie to rodzinne, bo pamiętam, że Babut też się źle czuł w Warszawie.

niedziela, 5 listopada 2017

Sonia i Katia & Niki - c.d.



Miesiące upłynęły od ostatniego wpisu i tyle się działo…
Przeniesiono mi miejsce pracy i nijak tam dojechać nie sposób, jak dryndą, więc przesiadłam się na moją Picancię. Uzgodniłam z szefem, że będę pracować od 7:00 do 15:00, więc i korki największe omijam i podróż w jedną stronę trwa 30 – 40 minut, więc jestem przed 16:00 w chacie i mam więcej czasu dla siebie i zwierzaków. Ponad godzinę zyskuję. W cywilizowanej porze roku mam długie popołudnie i wieczór. Tyle jeszcze można zrobić.

W końcu czerwca wszedł mąż kuzynki ze swoimi Ukraińcami, żeby przesuwać ogrodzenie. Przedtem Wołodia miał wymurować ścianę wewnętrzną w komórce, ale po wylaniu fundamentu w jedną sobotę i postawieniu niespełna 5 m2 ściany w drugą, poczuł się zmęczony i olał. Pewnie się obraził, że mu za pętanie się i popijanie piwa (3 butelki dziennie) nie chciałam płacić całej dniówki. Tak, czy inaczej – chłopaki Andrzeja mieli to wykończyć.
Siedzieli i pracowali miesiąc. Prosiłam ich tylko, żeby nie wchodzili na teren Soni, żeby jej nie denerwować i nie wypuścić.
W międzyczasie podłączono mi też moją elektrykę.
Wydałam majątek; nawet przestałam już liczyć.
Potem było oczekiwanie na Ukraińca, który robił u Mariusza i miał mi otynkować moją ścianę płaczu w komórce i położyć gresy. Obiecywał i obiecywał i tak minął miesiąc, a ja byłam nadal z bałaganem.
Udało się namówić pana Adama, żeby zajął się podjazdem dla Oksany. Gdy już podjazd był gotowy (ja musiałam porozwozić ziemię z wykopów, bo nie było komu), Oksana namówiła swojego szwagra Griszę, żeby ułożył jej chodniczek z kostki obok jej podjazdu. Potem już poszłam za ciosem i z Bożą pomocą Grisza zrobił mi wszystko, co potrzebowałam. Płaciłam ile chciał, bo już miałam dość bałaganu.
Na końcu – ocieplił mi strych; już w październiku, bo wcześniej już nie miałam forsy. Ale jest z głowy.
Jestem goła i wesoła, ale jest zrobione.

Sąsiad Jurek jest w kiepskim stanie. Ma przerzuty nowotworu i zrezygnował z chemii. Ja wiem, że to trucizna, ale chociaż by powstrzymała to cholerstwo. Ale jego boli i koniec. Boże, gdyby to chłopy miały rodzić dzieci, ludzkość by wymarła jeszcze w jaskiniach….

Pogoda przez całe lato pod psem. Tylko mój czerwcowy urlop był w porządku. Lipiec deszczowy, sierpień deszczowy. Na polach jest tak grząsko, że w kaloszach zapadam się do pół łydki.
Od mojego wrześniowego urlopu puszczam Sonię luzem na wysokości Niesiebła i biorę na smycz przy Piaskowej. Biega więc sobie Psica swobodnie, co pewien czas ją  przywołuję i daję plasterek kabanosa. Wraca do domu ubłocona (zwłaszcza brzuch). Materacyk starcza na jeden dzień i codziennie mogę zmiatać pół szufelki piachu, który nanosi. Z dywanu w salonie zrezygnowałam; szukam chętnego na niego, bo szkoda mi wyrzucić.
Zaczęłam szukać kombinezonu dla niej, ale jedyny odpowiedni widziałam w ofercie Allegro sprzed 2 lat. Wysłałam zdjęcie do producenta, czy czegoś takiego nie mają, ale dopiero w przyszłym roku zamierzają podjąć produkcję. Sonia musi poczekać, a ja nadal ją czyścić.

U sąsiada nadal są prowadzone prace i często dom jest otwarty. Moje koty lubią tam wsadzać nosy i czasem są zamykane. Którejś nocy Katia nie wróciła i gdy szukałam jej (to był weekend), zobaczyłam przez okno, że biega po domu Mariusza. Mariusz jeszcze spał, ale  pani Henia otworzyła i uwolniła moją Kicię. Czasem Katia wchodzi na taras i z niego stara się wejść przez moje okno. Pazurki się ślizgają po blasze i jeśli słyszę, to ją otwieram jej okno tarasowe. Ale nie zawsze słyszę i czasem kitulka siedzi na tarasie; nie wiem dlaczego ale potrafi wejść, ale boi się zejść.

Katia zaprzyjaźniła się z Sonią i często pakuje się biednej Psicy na materacyk i mizia się. A Sonia…. o ile uwielbia Nikiego, o tyle chyba się obawia Katii, która ma ADHD i nie wiadomo co jej do łebka strzeli. Więc czasem siedzi spięta, gdy kocica się wyleguje na jej poduszce, a czasem, zrezygnowana,  położy się obok, ale minę ma niezbyt szczęśliwą.

Jakoś w połowie października Niki wrócił po przełazęgowanej nocy upaćkany zaschniętym gipsem. Gdy go zobaczyłam przez okno myślałam, że jest taki mokry, że ma futerko pozlepiane. Ale gdy go chciałam wytrzeć, zobaczyłam, że jest oblepiony gipsem: brzuch, łapki, kark, nawet obróżka.  Zostawiłam go w domu, w nadziei, że się wyliże, ale nic z tego. Po powrocie z pracy zaczęłam go wyczesywać. Brzuszek jakoś poszedł, ale nogi…. rąk mi brakowało. Nie byłam zbyt delikatna, więc kocina popiskiwał, nawet raz mnie usiłował ugryźć, ale dałam w zęby grzebieniem i przeszła mu ochota. Tak ze trzy wieczory pracowałam nad nim. Nawet zadzwoniłam do Andy, czy mogę mu wygolić nogi i czy mu odrosną. Pani doktor Małgosia zaprosiła do Lecznicy, że mi pomogą. Koszmar. Łapek mu zbyt dokładnie nie wyczesałam, bo już nie miałam konceptu, jak go trzymać, trzymać łapę i czesać. Ale jakoś się doczyścił. Tak sobie pomyślałam, że dobrze, że nie była to Katia, bo bym była cała pogryziona i podrapana.

Od połowy października Sonia jest domowym stworzeniem. Któregoś ranka padało i kiedy ją zawołałam do domu przed wyjściem do pracy – weszła i wskoczyła na swoją kanapę. I tak już zostało. Zaczęłam tylko zabierać ją na dłuższe spacery po południu, żeby sobie pobiegała. Chyba powinnam napisać dysertację naukową pt.: ‘Kanapa a udomowienie dzikiego psa’ Bo w zasadzie proces oswajania Soni rozpoczął się odkąd zaczęła korzystać z mojej salonowej kanapy. Poczuła, że coś należy do niej i warto o to zabiegać.

Kolejny listopad i kolejne lampki na grobach moich zwierzaków, które odeszły. Udało mi się załatwić tabliczkę dla Piesia, więc wszystkie już mają swoje tabliczki i lampki 1 listopada. I niech ludziska gadają, jeśli nie mają nic innego do roboty.

Sonia i Katia & Niki - c.d.



Mamy marzec. Ubiegły weekend był piękny i słoneczny (ponad 20 stopnia na tarasie), ale potem się ochłodziło i nocą temperatura musiała spadać poniżej zera. Zauważyłam, że moje cebulki tulipanów zaczęły wypuszczać listki, nawet w miejscach, w których nie mogłam ich jesienią znaleźć, więc przyniosłam gałązek sosnowych i poprzykrywałam je. Jak już przekwitną, nie będę czekać i od razu wykopię. Jesienią zasadzę w ogródku wiosennym, który zaczęłam tworzyć obok grobu Piesia. Niech moja srebrna sunia ma ładnie.

Kuzynka sprzedaje swoje działki graniczące z naszymi i wycięła wszystkie drzewa, które tam wyrosły przez ostatnie 20 lat. Nie twierdzę, że te chude sosny były specjalnie urodziwe; miały za mało miejsca i wyrastały w górę poszukując światła. Ale szkoda mi tych zielonych płuc, tego miłego chłodu w upalne dni, gdy chodziłam z Psiacami na spacery. Teraz tylko moja i Marka działka jest zadrzewiona.
Powiedziałam panu deweloperowi, że jest wsiowym burakiem i czereśniakiem, który ceni tylko gołe pole, ale …. drzew to nie przywróci.
Pamiętam, jak  Alissa jedna lub druga i Piesio nieraz gnały przez ten lasek w pogoni za jakąś ‘zwierzyną’. Alissa szczekając, a Piesio z tym swoim okrzykiem bojowym…

Wychodzimy z Sonią na spacery po moim powrocie z pracy.
Zawsze niosę skrojony bochenek chleba i ziarno dla ptaków oraz marchewkę, kapustę i trochę chleba dla sarenek. Czasem je widuję – raz rogasia, innym razem samiczkę, taką malutką, niewiele większą od Soni. Mam nadzieję, że pola się zazielenią, nim rozpocznie się budowa na działkach Ewki, żeby sarenki odeszły już do lasu i nie były płoszone przez roboli. Ale miejsca dla zwierzaków robi się coraz mniej. Za szybko ta cywilizacja do nas dociera.  

W ubiegły weekend zbierałam kupy Soni z działki i uzbierało się ponad wiadro. A przecież codziennie wychodzimy na spacery.
Potem zabrałam się za zakopywanie jam. Wyszło całkiem nieźle, ale – jak zwykle – brakuje ziemi. Muszę przywieźć taczką od sąsiada, ale poczekam, aż droga podeschnie, bo bym nie dowiozła. Mokra ziemia waży, a po rozmokłej drodze nie dałabym rady.

Starzeję się i nie mam siły, a pracy nie ubywa. Nawet to codzienne krojenie warzyw dla sarenek sprawia mi ból. W tym tygodniu mam wizytę u reumatologa, więc zobaczymy, czy to tylko zwyrodnienia, czy reumatoidalne zapalenie stawów.