I
mamy już 2017. Całe szczęście, że ten obrzydliwy okropny 2016 minął. Tyle mi
strat i zmartwień przyniósł. Nie do odzyskania.
Nie
miałam ochoty na wizyty Sylwestrowe, ani na goszczenie nikogo. Najchętniej, to
bym się położyła spać jak biały człowiek o normalnej porze. Bałam się jednak o
Sonię i jak ona zniesie tę kanonadę o północy.
Więc
siedziałyśmy we dwie w salonie.
Napaliłam
w kominku i Psica na początku się denerwowała, ale potem skuliła się na swoim
posłanku i kimała.
Spuściłam
żaluzje i nastawiłam cichą muzykę, żeby zagłuszała wystrzały, bo hołota już po
południu zaczęła.
Kiedy
się to sprowadziłam głośno było trochę przez północą i do pół godziny po
rozpoczęciu nowego roku. Fajerwerki nie były tak dostępne, więc tylko w szkole
w trakcie balu ich używano tudzież w ogrodach konstancińskich, gdzie jaśnie
państwo podejmowali gości.
Ale
były to prawdziwe fajerwerki. Na niebie pojawiały się piękne, kolorowe obrazy.
Nieraz podziwiałyśmy z Ceci przez okna w wieży.
Teraz
wszystkie markety i straganiarze sprzedają wyrzutnie – 25 sztuk za PLN 25.
Tylko huk i żadnego obrazu. Ale to miejscowe chamstwo kupuje i straszy biedne
zwierzaki.
Powinni
wprowadzić duże cła na takie badziewo i pozwolić na strzelanie przez maximum 20
-30 minut.
Jeszcze
dzisiaj, jacyś niedopici od rana strzelają.
Skazywałabym
takich na 100 godzin prac społecznych. Jakby dupek pomachał miotłą albo łopatą
do odśnieżania, to by mu przeszło.
Siedziałyśmy
więc z Sonią. Kociaki szwendały się w tą i z powrotem. Ja czytałam ‘Jak zrozumieć psa’ i popijałam
nalewkę z czarnej porzeczki.
Zniosłam
do salonu zdjęcie Piesia, postawiłam na kominku i zapaliłam mu świecę. Na pomin
duszi.
Przypomniałam
sobie, jak w poprzednich latach nieraz tańczyłam z Piesiem w ramionach do
jakiejś muzyki. Nie za długo, bo Piesynka ważyła ponad 14 kilo i trochę ciężko
mi było. Ale zawsze parę razy zawirowałyśmy.
Wczoraj próbowałam z Katią, ale
nie miała ochoty i wyrywała się. I zrobiło mi się tak żal mojego srebrnego
pieska.
Gdy nadeszła wreszcie północ i
rozpoczęła się kanonada, usiadłam przy Sonii na kanapie i przytrzymywałam jej
uszy przy głowie, żeby ją ten hałas mniej raził. I tak dotrwałyśmy do wpół do
pierwszej. Ja ewakuowałam się do mojego wyrka i włożyłam do uszu stopery.
Sonia trochę bardziej się oswaja.
W ubiegłym tygodniu dwa dni przesiedziała w domu, gdy ja byłam w pracy. W
czwartek nie podeszła nawet do drzwi tarasowych, tylko położyła się na kanapie.
Ja - wychyliwszy nos na zewnątrz -
stwierdziłam, że jest przejmujący wilgotny chłód, więc szkoda mi się Psicy zrobiło, tym bardziej, że
nie mam pewności, czy korzysta z budy. Zamierzałam potem zadzwonić do żony
kuzyna, która ma moje klucze, żeby ewentualnie wypuściła Sonię w ciągu dnia.
Ale zapomniałam telefonu z domu, więc Psica spędziła dzień w zamknięciu.
Przyznam, że zastanawiałam się, w
jakim stanie będzie mój salon – zabrudzony dywan, poobgryzane nogi krzeseł…
Ale nie, nic z tych rzeczy. Sonia
była grzeczna i nic nie zrobiła. Spała sobie na kanapie i było jej ciepło.
Więc następnego dnia, gdy wyszła
na zewnątrz i chciała wrócić – znowu ją zostawiłam w domu.
Problem tylko w braku
monitoringu, bo nie mam go jak włączyć. Wolałabym, żeby Sonia była na piętrze.
Może pani Natalia jakoś ją skłoni do wchodzenia po schodach.
Jej oczko nie chce się wygoić
samoistnie, albo goi się bardzo, bardzo powoli. Smaruję ją tym żelem i po
skończeniu tubki mamy się zameldować do Pana Doktora.
Niech ten 2017 będzie lepszy!!!!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz