niedziela, 5 listopada 2017

Sonia i Katia & Niki - c.d.




I mamy już 2017. Całe szczęście, że ten obrzydliwy okropny 2016 minął. Tyle mi strat i zmartwień przyniósł. Nie do odzyskania.
Nie miałam ochoty na wizyty Sylwestrowe, ani na goszczenie nikogo. Najchętniej, to bym się położyła spać jak biały człowiek o normalnej porze. Bałam się jednak o Sonię i jak ona zniesie tę kanonadę o północy.
Więc siedziałyśmy we dwie w salonie.
Napaliłam w kominku i Psica na początku się denerwowała, ale potem skuliła się na swoim posłanku i kimała.
Spuściłam żaluzje i nastawiłam cichą muzykę, żeby zagłuszała wystrzały, bo hołota już po południu zaczęła.
Kiedy się to sprowadziłam głośno było trochę przez północą i do pół godziny po rozpoczęciu nowego roku. Fajerwerki nie były tak dostępne, więc tylko w szkole w trakcie balu ich używano tudzież w ogrodach konstancińskich, gdzie jaśnie państwo podejmowali gości.
Ale były to prawdziwe fajerwerki. Na niebie pojawiały się piękne, kolorowe obrazy. Nieraz podziwiałyśmy z Ceci przez okna w wieży.
Teraz wszystkie markety i straganiarze sprzedają wyrzutnie – 25 sztuk za PLN 25. Tylko huk i żadnego obrazu. Ale to miejscowe chamstwo kupuje i straszy biedne zwierzaki.
Powinni wprowadzić duże cła na takie badziewo i pozwolić na strzelanie przez maximum 20 -30 minut.
Jeszcze dzisiaj, jacyś niedopici od rana strzelają.
Skazywałabym takich na 100 godzin prac społecznych. Jakby dupek pomachał miotłą albo łopatą do odśnieżania, to by mu przeszło.

Siedziałyśmy więc z Sonią. Kociaki szwendały się w tą i z powrotem.  Ja czytałam ‘Jak zrozumieć psa’ i popijałam nalewkę z czarnej porzeczki.
Zniosłam do salonu zdjęcie Piesia, postawiłam na kominku i zapaliłam mu świecę. Na pomin duszi.
Przypomniałam sobie, jak w poprzednich latach nieraz tańczyłam z Piesiem w ramionach do jakiejś muzyki. Nie za długo, bo Piesynka ważyła ponad 14 kilo i trochę ciężko mi było. Ale zawsze parę razy zawirowałyśmy.
Wczoraj próbowałam z Katią, ale nie miała ochoty i wyrywała się. I zrobiło mi się tak żal mojego srebrnego pieska.
Gdy nadeszła wreszcie północ i rozpoczęła się kanonada, usiadłam przy Sonii na kanapie i przytrzymywałam jej uszy przy głowie, żeby ją ten hałas mniej raził. I tak dotrwałyśmy do wpół do pierwszej. Ja ewakuowałam się do mojego wyrka i włożyłam do uszu stopery.

Sonia trochę bardziej się oswaja. W ubiegłym tygodniu dwa dni przesiedziała w domu, gdy ja byłam w pracy. W czwartek nie podeszła nawet do drzwi tarasowych, tylko położyła się na kanapie. Ja  - wychyliwszy nos na zewnątrz - stwierdziłam, że jest przejmujący wilgotny chłód, więc  szkoda mi się Psicy zrobiło, tym bardziej, że nie mam pewności, czy korzysta z budy. Zamierzałam potem zadzwonić do żony kuzyna, która ma moje klucze, żeby ewentualnie wypuściła Sonię w ciągu dnia. Ale zapomniałam telefonu z domu, więc Psica spędziła dzień w zamknięciu.
Przyznam, że zastanawiałam się, w jakim stanie będzie mój salon – zabrudzony dywan, poobgryzane nogi krzeseł…
Ale nie, nic z tych rzeczy. Sonia była grzeczna i nic nie zrobiła. Spała sobie na kanapie i było jej ciepło.
Więc następnego dnia, gdy wyszła na zewnątrz i chciała wrócić – znowu ją zostawiłam w domu.
Problem tylko w braku monitoringu, bo nie mam go jak włączyć. Wolałabym, żeby Sonia była na piętrze. Może pani Natalia jakoś ją skłoni do wchodzenia po schodach.

Jej oczko nie chce się wygoić samoistnie, albo goi się bardzo, bardzo powoli. Smaruję ją tym żelem i po skończeniu tubki mamy się zameldować do Pana Doktora.
Niech ten 2017 będzie lepszy!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz