Miesiące upłynęły od ostatniego
wpisu i tyle się działo…
Przeniesiono mi miejsce pracy i
nijak tam dojechać nie sposób, jak dryndą, więc przesiadłam się na moją
Picancię. Uzgodniłam z szefem, że będę pracować od 7:00 do 15:00, więc i korki
największe omijam i podróż w jedną stronę trwa 30 – 40 minut, więc jestem przed
16:00 w chacie i mam więcej czasu dla siebie i zwierzaków. Ponad godzinę
zyskuję. W cywilizowanej porze roku mam długie popołudnie i wieczór. Tyle
jeszcze można zrobić.
W końcu czerwca wszedł mąż
kuzynki ze swoimi Ukraińcami, żeby przesuwać ogrodzenie. Przedtem Wołodia miał
wymurować ścianę wewnętrzną w komórce, ale po wylaniu fundamentu w jedną sobotę
i postawieniu niespełna 5 m2 ściany w drugą, poczuł się zmęczony i olał. Pewnie
się obraził, że mu za pętanie się i popijanie piwa (3 butelki dziennie) nie
chciałam płacić całej dniówki. Tak, czy inaczej – chłopaki Andrzeja mieli to
wykończyć.
Siedzieli i pracowali miesiąc.
Prosiłam ich tylko, żeby nie wchodzili na teren Soni, żeby jej nie denerwować i
nie wypuścić.
W międzyczasie podłączono mi też
moją elektrykę.
Wydałam majątek; nawet przestałam
już liczyć.
Potem było oczekiwanie na
Ukraińca, który robił u Mariusza i miał mi otynkować moją ścianę płaczu w
komórce i położyć gresy. Obiecywał i obiecywał i tak minął miesiąc, a ja byłam
nadal z bałaganem.
Udało się namówić pana Adama,
żeby zajął się podjazdem dla Oksany. Gdy już podjazd był gotowy (ja musiałam
porozwozić ziemię z wykopów, bo nie było komu), Oksana namówiła swojego szwagra
Griszę, żeby ułożył jej chodniczek z kostki obok jej podjazdu. Potem już
poszłam za ciosem i z Bożą pomocą Grisza zrobił mi wszystko, co potrzebowałam.
Płaciłam ile chciał, bo już miałam dość bałaganu.
Na końcu – ocieplił mi strych; już
w październiku, bo wcześniej już nie miałam forsy. Ale jest z głowy.
Jestem goła i wesoła, ale jest
zrobione.
Sąsiad Jurek jest w kiepskim
stanie. Ma przerzuty nowotworu i zrezygnował z chemii. Ja wiem, że to trucizna,
ale chociaż by powstrzymała to cholerstwo. Ale jego boli i koniec. Boże, gdyby
to chłopy miały rodzić dzieci, ludzkość by wymarła jeszcze w jaskiniach….
Pogoda przez całe lato pod psem.
Tylko mój czerwcowy urlop był w porządku. Lipiec deszczowy, sierpień deszczowy.
Na polach jest tak grząsko, że w kaloszach zapadam się do pół łydki.
Od mojego wrześniowego urlopu
puszczam Sonię luzem na wysokości Niesiebła i biorę na smycz przy Piaskowej.
Biega więc sobie Psica swobodnie, co pewien czas ją przywołuję i daję plasterek kabanosa. Wraca
do domu ubłocona (zwłaszcza brzuch). Materacyk starcza na jeden dzień i
codziennie mogę zmiatać pół szufelki piachu, który nanosi. Z dywanu w salonie
zrezygnowałam; szukam chętnego na niego, bo szkoda mi wyrzucić.
Zaczęłam szukać kombinezonu dla
niej, ale jedyny odpowiedni widziałam w ofercie Allegro sprzed 2 lat. Wysłałam
zdjęcie do producenta, czy czegoś takiego nie mają, ale dopiero w przyszłym
roku zamierzają podjąć produkcję. Sonia musi poczekać, a ja nadal ją czyścić.
U sąsiada nadal są prowadzone
prace i często dom jest otwarty. Moje koty lubią tam wsadzać nosy i czasem są
zamykane. Którejś nocy Katia nie wróciła i gdy szukałam jej (to był weekend),
zobaczyłam przez okno, że biega po domu Mariusza. Mariusz jeszcze spał, ale pani Henia otworzyła i uwolniła moją Kicię.
Czasem Katia wchodzi na taras i z niego stara się wejść przez moje okno.
Pazurki się ślizgają po blasze i jeśli słyszę, to ją otwieram jej okno
tarasowe. Ale nie zawsze słyszę i czasem kitulka siedzi na tarasie; nie wiem
dlaczego ale potrafi wejść, ale boi się zejść.
Katia zaprzyjaźniła się z Sonią i
często pakuje się biednej Psicy na materacyk i mizia się. A Sonia…. o ile
uwielbia Nikiego, o tyle chyba się obawia Katii, która ma ADHD i nie wiadomo co
jej do łebka strzeli. Więc czasem siedzi spięta, gdy kocica się wyleguje na jej
poduszce, a czasem, zrezygnowana, położy
się obok, ale minę ma niezbyt szczęśliwą.
Jakoś w połowie października Niki
wrócił po przełazęgowanej nocy upaćkany zaschniętym gipsem. Gdy go zobaczyłam
przez okno myślałam, że jest taki mokry, że ma futerko pozlepiane. Ale gdy go
chciałam wytrzeć, zobaczyłam, że jest oblepiony gipsem: brzuch, łapki, kark,
nawet obróżka. Zostawiłam go w domu, w
nadziei, że się wyliże, ale nic z tego. Po powrocie z pracy zaczęłam go
wyczesywać. Brzuszek jakoś poszedł, ale nogi…. rąk mi brakowało. Nie byłam zbyt
delikatna, więc kocina popiskiwał, nawet raz mnie usiłował ugryźć, ale dałam w
zęby grzebieniem i przeszła mu ochota. Tak ze trzy wieczory pracowałam nad nim.
Nawet zadzwoniłam do Andy, czy mogę mu wygolić nogi i czy mu odrosną. Pani
doktor Małgosia zaprosiła do Lecznicy, że mi pomogą. Koszmar. Łapek mu zbyt dokładnie
nie wyczesałam, bo już nie miałam konceptu, jak go trzymać, trzymać łapę i
czesać. Ale jakoś się doczyścił. Tak sobie pomyślałam, że dobrze, że nie była
to Katia, bo bym była cała pogryziona i podrapana.
Od połowy października Sonia jest
domowym stworzeniem. Któregoś ranka padało i kiedy ją zawołałam do domu przed
wyjściem do pracy – weszła i wskoczyła na swoją kanapę. I tak już zostało.
Zaczęłam tylko zabierać ją na dłuższe spacery po południu, żeby sobie pobiegała.
Chyba powinnam napisać dysertację naukową pt.: ‘Kanapa a udomowienie dzikiego
psa’ Bo w zasadzie proces oswajania Soni rozpoczął się odkąd zaczęła korzystać
z mojej salonowej kanapy. Poczuła, że coś należy do niej i warto o to zabiegać.



