niedziela, 5 listopada 2017

Sonia i Katia & Niki - c.d.


Pani Natalia Behaviorystka doradziła, żeby budę Sonii wyłożyć słomą. Jakoś we wrześniu, w czasie wizyty w Andzie zagadnęłam Agnieszkę od schroniska o plany dotyczące słomy i poinformowała mnie, że pewnie dopiero w listopadzie będzie zamawiać. Poprosiłam więc o uwzględnienie jednej wiązki dla Soni i spokojnie czekałam. Na początku tego tygodnia okazało się, że słoma dla psiaków schroniskowych już dojechała, ale o mnie zapomniano.
Chociaż telefon pana od słomy dostałam i dzisiaj przywiozłam kostkę. Wymościłam od razu budę Psicy, ale jeszcze nie widziała. Zapomniałam jej tam podprowadzić po powrocie z popołudniowego spaceru. Mam nadzieję, że jej będzie wygodnie i sucho, bo dni coraz chłodniejsze.
Gdy wracam do domu po pracy, wpuszczam koty i Sonię i jeszcze w biurowym ubranku szybko daję im jeść. Najpierw Katia i Niki; zjadają swoją porcję, potem je wyganiam na piętro, daję drugą porcję i zamykam, żeby się ogrzały i pospały.
W międzyczasie gotuje się woda, którą rozrabiam gęsty ryż z mięsem dla Soni.
Nastawiam moje jadło do podgrzania i idę na górę się przebrać, a Sonia w międzyczasie się posila.
Gdy już obie zjemy, ja wypiję herbatę i zapalę papierosa, wychodzimy na spacer oświetlonymi uliczkami konstancińskimi. Krótkie są te spacery – ok. 15 minut, ale wieczorami jest już zdecydowanie zimno, a Sonia spędza cały dzień na dworze, więc się nawdycha świeżego powietrza.

Nadal jej wystawiam piłeczki w misce i przysmaki w zabawkach przed wyjściem do pracy. Teraz po zmianie czasu jest już ciemno, gdy wracam i   świecę sobie latarką na tarasie i w krzakach, żeby pozbierać porozrzucane piłki. Często nie mogę odnaleźć wszystkich zabawek Soni; czasem je wrzuca do jednej ze swoich jam, których jeszcze nie zakopałam. Muszę się rozejrzeć za mocniejszą latarką.

Kilka dni temu było Święto Zmarłych i jak zwykle zapaliłam lampki dla moich zwierzaków, które odeszły. W tym roku jedna lampka dodatkowo była dla Piesia… Moja maleńka Piesynka, jakże mi jej ogromnie brak.  Żaden z moich aktualnych  pupili nie jest w stanie zastąpić mi moich Piesiowych śliczności.

Muszę pochwalić Lidla, w którym kupowałam lampki. Rzeczywiście się paliły ponad 50 godzin. Najdłużej u Alissy II; światełko na jej grobie płonęło jeszcze w czwartek wieczorem, kiedy wróciłam z pracy.

Sąsiedzi pewnie się dziwią, albo i uważają mnie za dziwaczkę. Ale, co mi tam. Zmarli to zmarli, niezależnie od ilości nóg.  Przyjaciele, którzy odeszli przez Tęczowy Most i tam na mnie czekają. Chcę w to wierzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz