Pani
Natalia Behaviorystka doradziła, żeby budę Sonii wyłożyć słomą. Jakoś we
wrześniu, w czasie wizyty w Andzie zagadnęłam Agnieszkę od schroniska o plany
dotyczące słomy i poinformowała mnie, że pewnie dopiero w listopadzie będzie
zamawiać. Poprosiłam więc o uwzględnienie jednej wiązki dla Soni i spokojnie
czekałam. Na początku tego tygodnia okazało się, że słoma dla psiaków
schroniskowych już dojechała, ale o mnie zapomniano.
Chociaż
telefon pana od słomy dostałam i dzisiaj przywiozłam kostkę. Wymościłam od razu
budę Psicy, ale jeszcze nie widziała. Zapomniałam jej tam podprowadzić po
powrocie z popołudniowego spaceru. Mam nadzieję, że jej będzie wygodnie i
sucho, bo dni coraz chłodniejsze.
Gdy
wracam do domu po pracy, wpuszczam koty i Sonię i jeszcze w biurowym ubranku
szybko daję im jeść. Najpierw Katia i Niki; zjadają swoją porcję, potem je
wyganiam na piętro, daję drugą porcję i zamykam, żeby się ogrzały i pospały.
W
międzyczasie gotuje się woda, którą rozrabiam gęsty ryż z mięsem dla Soni.
Nastawiam
moje jadło do podgrzania i idę na górę się przebrać, a Sonia w międzyczasie się
posila.
Gdy
już obie zjemy, ja wypiję herbatę i zapalę papierosa, wychodzimy na spacer
oświetlonymi uliczkami konstancińskimi. Krótkie są te spacery – ok. 15 minut,
ale wieczorami jest już zdecydowanie zimno, a Sonia spędza cały dzień na
dworze, więc się nawdycha świeżego powietrza.
Nadal
jej wystawiam piłeczki w misce i przysmaki w zabawkach przed wyjściem do pracy.
Teraz po zmianie czasu jest już ciemno, gdy wracam i świecę
sobie latarką na tarasie i w krzakach, żeby pozbierać porozrzucane piłki.
Często nie mogę odnaleźć wszystkich zabawek Soni; czasem je wrzuca do jednej ze
swoich jam, których jeszcze nie zakopałam. Muszę się rozejrzeć za mocniejszą
latarką.
Kilka
dni temu było Święto Zmarłych i jak zwykle zapaliłam lampki dla moich
zwierzaków, które odeszły. W tym roku jedna lampka dodatkowo była dla Piesia…
Moja maleńka Piesynka, jakże mi jej ogromnie brak. Żaden z moich aktualnych pupili nie jest w stanie zastąpić mi moich
Piesiowych śliczności.
Muszę
pochwalić Lidla, w którym kupowałam lampki. Rzeczywiście się paliły ponad 50
godzin. Najdłużej u Alissy II; światełko na jej grobie płonęło jeszcze w
czwartek wieczorem, kiedy wróciłam z pracy.
Sąsiedzi
pewnie się dziwią, albo i uważają mnie za dziwaczkę. Ale, co mi tam. Zmarli to
zmarli, niezależnie od ilości nóg.
Przyjaciele, którzy odeszli przez Tęczowy Most i tam na mnie czekają.
Chcę w to wierzyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz