niedziela, 5 listopada 2017

Sonia i Katia & Niki - c.d.




Trochę się ociepliło i dzięki Bogu. Kilka dni w ubiegłym tygodniu było bardzo zimno. W sobotę i niedzielę w nocy temperatura spadła do ponad 20 stopni Celsjusza poniżej zera. Na szczęście byłam w domu i moje zwierzaki także.
W sobotę w salonie miałam tylko 17 stopni i jak pies chodziłam na czterech, żeby zobaczyć skąd mi wieje. Zlokalizowałam wylot kominka. Szyber wprawdzie zasłania wylot kominowy, ale nie jest szczelny, więc przy dużych chłodach wieje stamtąd. Zakleiłam kominek jakimiś tekturami prowizorycznie i zastawiłam kratą. Planowałam kupić pleksę w Leroyu, ale nie tną, więc chyba będzie coś od szklarza. Na razie nie mam forsy, więc pozostaje tektura.

Moje kotki na zmianę spędzają dni w domu. Gdy jednemu kuper zmarznie jednego dnia, to zostaje na następny. I tak na zmianę.

Moja mała Katia nabrała trochę ciałka. Nie żeby była gruba, ale nie jest już taką chudzinką. Gdy wieczorem rozkłada mi się na kolanach i wyciąga na cała długość, to już widać kawałek kota. Nadal jest przytulanką, jeśli ma ochotę.
Niki pozostaje na dystans po staremu. Czasem, gdy też ułoży się na kawałku moich kolan, głaszczę go po łebku i grzbieciku, i czasem to znosi po męsku, a czasem ucieka. Typowy chłop.

Zakupiłam witaminy dla Soni i nie wiem, czy to one spowodowały biegunkę u Psicy, czy coś innego. Z czwartku na piątek zwymiotowała na dywan. Nie zjadła śniadania, więc wystawiłam jej na taras i pewnie sroki się pożywiły. Kolacji nie chciała. W sobotę nawet parówki nie zjadła rano i na spacerze była osowiała, tzn. nie ciągnęła jak zawsze i nie chciała kabanosa. Po południu – tak samo, więc wybrałyśmy się do Andy.
Pani Doktor Ola mierząc temperaturę stwierdziła biegunkę. Badanie krwi plus leki – PLN 160. Jak na zwykłego kundla strasznie delikatna ta moja Sonia.
Wieczorem zjadła trochę ryżu z mięsem i kawałek gotowanego żeberka.
Jest już lepiej – to znaczy – była żywsza na spacerze. Po przejażdżce samochodem kupiłam jej dwa udka kurczaka i ugotowałam na nich ryż. Zobaczymy, czy raczy zjeść.

Znowu pada śnieg – takie grube płatki. Mam nadzieję, że nie będzie go za dużo i nie będę musiała odgarniać z podjazdu i górnego tarasu.

Oko Soni – po staremu. W piątek rozmawiałam z Panem Doktorem i umówiłam się na wizytę w przyszły poniedziałek. Na ten tydzień mam jeszcze żel.
Obawiam się, że zakończy się to jednak operacją, ale teraz nie ma jak jej zrobić, bo Sonia w kołnierzu hiszpańskim nie zmieści się nawet do budy, gdyby się chciała schronić przed zimnem. Pewnie do późnej wiosny trzeba będzie poczekać. Moja biedna ruda Psica. Strasznie pechowa. Do tego – Doktor Ola znowu coś w uchu jej wypatrzyła, więc wznowiłam pędzlowanie. Dobrze, że jeszcze mam ten lek, bo kolejna stówa poszłaby w diabły.

Zwierzaki to cudne istoty, jeśli wydaje się tylko na jedzenie i rutynowe szczepienia. Gdy dochodzi do tego jakaś choroba – to skarbonka.
Chciałabym jakąś kopię Piesia, to znaczy szczeniaczka – sunię podobnego do mojego Piesynka. Sonia by miała towarzystwo i moje serce by się trochę zaleczyło. Ale jak pomyślę o wydatkach…. Moje dotychczasowe zwierzaki kosztują ok. 400 złotych miesięcznie. Gdy nic się nie dzieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz