Trochę się ociepliło i dzięki
Bogu. Kilka dni w ubiegłym tygodniu było bardzo zimno. W sobotę i niedzielę w
nocy temperatura spadła do ponad 20 stopni Celsjusza poniżej zera. Na szczęście
byłam w domu i moje zwierzaki także.
W sobotę w salonie miałam tylko
17 stopni i jak pies chodziłam na czterech, żeby zobaczyć skąd mi wieje. Zlokalizowałam
wylot kominka. Szyber wprawdzie zasłania wylot kominowy, ale nie jest szczelny,
więc przy dużych chłodach wieje stamtąd. Zakleiłam kominek jakimiś tekturami
prowizorycznie i zastawiłam kratą. Planowałam kupić pleksę w Leroyu, ale nie
tną, więc chyba będzie coś od szklarza. Na razie nie mam forsy, więc pozostaje
tektura.
Moje kotki na zmianę spędzają dni
w domu. Gdy jednemu kuper zmarznie jednego dnia, to zostaje na następny. I tak
na zmianę.
Moja mała Katia nabrała trochę
ciałka. Nie żeby była gruba, ale nie jest już taką chudzinką. Gdy wieczorem
rozkłada mi się na kolanach i wyciąga na cała długość, to już widać kawałek
kota. Nadal jest przytulanką, jeśli ma ochotę.
Niki pozostaje na dystans po
staremu. Czasem, gdy też ułoży się na kawałku moich kolan, głaszczę go po łebku
i grzbieciku, i czasem to znosi po męsku, a czasem ucieka. Typowy chłop.
Zakupiłam witaminy dla Soni i nie
wiem, czy to one spowodowały biegunkę u Psicy, czy coś innego. Z czwartku na
piątek zwymiotowała na dywan. Nie zjadła śniadania, więc wystawiłam jej na
taras i pewnie sroki się pożywiły. Kolacji nie chciała. W sobotę nawet parówki
nie zjadła rano i na spacerze była osowiała, tzn. nie ciągnęła jak zawsze i nie
chciała kabanosa. Po południu – tak samo, więc wybrałyśmy się do Andy.
Pani Doktor Ola mierząc
temperaturę stwierdziła biegunkę. Badanie krwi plus leki – PLN 160. Jak na
zwykłego kundla strasznie delikatna ta moja Sonia.
Wieczorem zjadła trochę ryżu z
mięsem i kawałek gotowanego żeberka.
Jest już lepiej – to znaczy –
była żywsza na spacerze. Po przejażdżce samochodem kupiłam jej dwa udka
kurczaka i ugotowałam na nich ryż. Zobaczymy, czy raczy zjeść.
Znowu pada śnieg – takie grube
płatki. Mam nadzieję, że nie będzie go za dużo i nie będę musiała odgarniać z
podjazdu i górnego tarasu.
Oko Soni – po staremu. W piątek
rozmawiałam z Panem Doktorem i umówiłam się na wizytę w przyszły poniedziałek.
Na ten tydzień mam jeszcze żel.
Obawiam się, że zakończy się to
jednak operacją, ale teraz nie ma jak jej zrobić, bo Sonia w kołnierzu
hiszpańskim nie zmieści się nawet do budy, gdyby się chciała schronić przed
zimnem. Pewnie do późnej wiosny trzeba będzie poczekać. Moja biedna ruda Psica.
Strasznie pechowa. Do tego – Doktor Ola znowu coś w uchu jej wypatrzyła, więc
wznowiłam pędzlowanie. Dobrze, że jeszcze mam ten lek, bo kolejna stówa
poszłaby w diabły.
Zwierzaki to cudne istoty, jeśli
wydaje się tylko na jedzenie i rutynowe szczepienia. Gdy dochodzi do tego jakaś
choroba – to skarbonka.
Chciałabym jakąś kopię Piesia,
to znaczy szczeniaczka – sunię podobnego do mojego Piesynka. Sonia by miała
towarzystwo i moje serce by się trochę zaleczyło. Ale jak pomyślę o wydatkach….
Moje dotychczasowe zwierzaki kosztują ok. 400 złotych miesięcznie. Gdy nic się
nie dzieje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz